II
-Jak się czujesz, Walerio?- nie wiem skąd znał moje imię,
ale czułam, że lepiej będzie, jak go o to nie zapytam.
-Trochę mnie boli głowa, ale tak poza tym, to całkiem dobrze
– odparłam po chwili zastanowienia.
-To dobrze, szczerze mówiąc myślałem, że się już nie
obudzisz- powiedział z gorzkim śmiechem, a ja zamarłam, kiedy usłyszałam te
słowa- A tak w ogóle jestem Wiktor- przedstawił mi się i wyciągnął do mnie
dłoń.
Uścisnęłam ją i wyjąkałam: ”Miło mi”, lecz on nie dawał za
wygraną:
-Chodź do stołu, przygotowałem śniadanie, jak zjesz i
napijesz się czegoś ciepłego, to na pewno poczujesz się lepiej.
-Śniadanie?!- wrzasnęłam, to słowo ocuciło mnie, lecz Wiktor
odwrócił się i popatrzył na mnie ze zdziwieniem w oczach, podniósł przy tym
brwi i rzekł wolno i wyraźnie, tak jakbym byłam osobą chorą psychicznie, co
najmniej:
-Tak… Śniadanie…- mówiąc to, nie odrywał ode mnie wzroku.
„Pewnie myśli, że nie wiem, co to jest śniadanie” –
przemknęło mi przez myśl
-Nie, nieprawda- powiedział zdecydowani Wiktor i uśmiechnął
się do mnie przyjaźnie.
-Przepraszam bardzo, ale co jest nieprawdą?- zapytałam. Nie
bardzo wiedząc, co ma na myśli.
-Wcale nie myślę, że nie wiesz, co to jest śniadanie-
odrzekł ze spokojem, którego mu zazdroszczę, i uśmiechnął się do mnie, kładąc
sztućce na stół.
„Boże, chyba nie powiedziałam tego na głos!!” – zaczęłam się
zastanawiać myślach.
-Nie, nie powiedziałaś tego na głos, nie martw się- powiedział
i już o mało co, nie pęknął ze śmiechu.
Szczerze mówiąc zamarłam, wiedziałam, że tego na sto procent
nie wypowiedziałam na głos. Czułam, że ten facet jest dziwny, lecz że aż tak,
to wcale nie sądziłam. Żeby czytać w cudzych myślach?!
-Wcale nie jestem „dziwny”, jestem po prostu „inny” niż
ludzie, których znasz, ale to wcale nie oznacza, że to oni są normalni, a nie
ja. To, że większość ludzi zachowuje się tak, a nie inaczej, to nie oznacza to
jeszcze, że wszyscy ci ludzie są „normalni”, a ci, co tak nie postępują są
„dziwni”. Poza tym „inność” nie jest niczym strasznym, wręcz przeciwnie. A co
gdyby większość ludzi zaczęła nagle kraść wszystko, co popadnie, czy
oznaczałoby to, że ludzie, którzy tego nie robią, są „dziwni”?
Spuściłam oczy i czułam, że się rumienię, bo sprawił, że
poczułam się jak niesforny dzieciak karcony przez rodzica, mimo że w jego
oczach był taki niezmącony spokój, przestraszyłam się go. Ale dało mi to do
myślenia. Od tamtej pory mam inne pojęcie o „inności” i dlatego, jestem dumna z
tego, że jestem inna od pozostałych
ludzi. Jeżeli to miał Wiktor na celu, mówiąc to, to udało mu się, zmieniłam
punkt widzenia.
Usiadłam przy stole i zamyśliłam się nad tym, co usłyszałam.
Wiktor przypatrywał mi się przez chwilę, po czym powiedział:
-Częstuj się śmiało
Byłam tak głodna, że nawet za bardzo nie myślałam o tym, co
rodzice wpajali mi przez szesnaście lat, a mianowicie, żebym nie brała jedzenia
od obcych.
Zrobiłam sobie furę kanapek, a Wiktor przypatrywał mi się z
zaciekawieniem, ale ja udawałam, że tego nie widzę.
Kiedy już się napiłam i najadłam do syta, przypomniałam
sobie, że nawet nie wiem, która jest godzina. Zerwałam się z krzesła i
krzyknęłam:
-Jeny, która musi być już godzina?!
-Wpół do jedenastej-odrzekł ze stoickim spokojem Wiktor- ale
nie martw się, twoja babcia nawet niż zauważy twojej nieobecności-dodał po
chwili.
-jaaajaak to?- zapytałam ze sporym zdziwieniem, a nawet
lekkim strachem w głosie.
„Czyżby on zamordował moją babcię?!”- przemknęło mi przez
myśl.
W tym momencie Wiktor mało się nie zadławił kawą ze śmiechu.
„A no tak…- myślałam
sobie-przecież on czyta w moich myślach…”
Wiktor wytarł kąciki ust z kawy i rzekł:
-Nie zamordowałem twojej babci-mówiąc to uśmiechał się, a ja
znowu się zarumieniłam „Jak to jest, że przez szesnaście lat nikt nie sprawił,
żebym się zarumieniła, a tu w ciągu godziny zdarza mi się to dwa razy…”-
myślałam, podczas, gdy Wiktor kontynuował- to proste, wczorajsza noc była
wyjątkowa i ty powinnaś wiedzieć o tym najlepiej- powiedział i spojrzał na mnie
znacząco. Jego oczy były takie głębokie, widać w nich było ocean, czysty,
niczym niezmącony ocean, kiedy tylko to pomyślałam, odwrócił wzrok i powrócił
do sprzątania po śniadaniu.
-Dlaczego właśnie ja?- zapytałam, nie bardzo rozumiejąc, co
to ma znaczyć.
-To w ciebie uderzył
w końcu piorun-odparł spokojnie Wiktor.
Wtedy przypomniałam sobie wczorajszy wieczór. Przypomniałam
sobie wszystko: i wstrząs, jaki przeżyłam po uderzeniu pioruna, i gwiazdy przed
oczami, i to spadanie w nieskończoność, i … Monikę…
-A gdzie jest Monika?- zapytałam ze spokojem, o który nawet
się nie podejrzewałam.
-To ty zostałaś wybrana, nie ona-powiedział Wiktor z miną, z
której nie mogłam wyczytać, o czym myśli-Nie było pisane jej przeżyć to
zdarzenie.
Wtedy nie wybuchnęłam gromkim płaczem lub zrobiłam się blada
jak ściana, nie. Szczerze mówiąc nie przejęłam się tym, Monika była mi
najbliższą osobą przez dziesięć lat, odkąd poznałyśmy się w pierwszej klasie
podstawówki, a teraz wiadomość o jej śmierci nie wywarła na mnie choćby najmniejszego
wrażenia. Nawet żaden mięsień mi nie drgnął. Nawet z czystej przyzwoitości nie
mogłam wydusić ani jednej najmniejszej łezki. Wyglądało to tak, jakbyśmy nie
rozmawiali o śmierci mojej najlepszej przyjaciółki, lecz o tym, jaka będzie
jutro pogoda.
-Co mam powiedzieć babci?- spytałam rzeczowo Wiktora, jakbym
sądziła, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania.
-Twoja babcia myśli, że Monika zginęła w wypadku
samochodowym, już została powiadomiona przez jej rodziców, a ty pobiegłaś do
lasu z płaczem, kiedy się o tym dowiedziałaś. Twoja babcia nie wie, że Monika
spędzała u was weekend, zresztą jej rodzice też nie. I lepiej będzie dla
wszystkich, jeśli nie wyprowadzisz ich z tego błędu- powiedział Wiktor
ochlapując mi twarz wodą.
-A to co?!- krzyknęłam zdziwiona.
-Przecież płakałaś, więc nie możesz mieć suche twarzy-
odparł tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, po czym
uśmiechnął się miło. Widziałam, że się stara, więc nie chciałam gasić jego
zapału, mówiąc, że zanim dojdę do domu, to i tak wyschnie…
-Jak tego dokonałeś?- zapytałam, byłam święcie przekonana,
że to Wiktor, a on nie zaprzeczył.
-Przecież już ci mówiłem, że wczoraj była wyjątkowa noc… -
odrzekł z lekkim rozczarowaniem, że go nie uważnie słuchałam, choć była to
nieprawda.
-Do widzenia Wiktorze- powiedziałam zmierzając w kierunku
drzwi.
-Do widzenia Walerio- odpowiedział, po czym po chwili dodał,
kiedy byłam już przed domem- I pamiętaj, jeżeli nie będziesz wiedziała, co
czynić, wyjdź w nocy na dwór, a natura ci podpowie, a i jak będziesz kiedyś
babci, to odwiedź mnie.
-Oczywiście- odpowiedziałam z uśmiechem na ustach, a
następnie poszłam w kierunku, z którego wczoraj wieczorem razem z Moniką
przybyłyśmy. Już znałam drogę, więc nie obawiałam się, że się zgubię. Nie
obejrzałam się w kierunku domu Wiktora, choć czułam jego wzrok na swoich
plecach, uznałam, że tak będzie lepiej. Może miałam rację, a może nie, nie wiem
i nigdy się nie dowiem, czy słusznie zrobiłam, czy też może moje życie
potoczyłoby się inaczej, gdybym się wtedy odwróciła, naprawdę nie mam pojęcia…
Jak tak szłam tą
samą drogą, co wczoraj, to myślałam sobie, jakie życie jest dziwne, jeszcze
zaledwie parę naście godzin wcześniej spacerowałam sobie tam z Moniką, nie
podejrzewając i nie martwiąc się tym, co się zdarzy. A teraz idę sama, tak jak
zawsze chciałam, lecz nie czuję nawet żalu, że gdybym jej wtedy nie złapała za
rękę, to wszystko potoczyłoby się inaczej, nie czuję nawet pustki… Nic nie
czuję… Zastanawiałam się tylko, dlaczego to spotkało właśnie mnie? Lecz do dzisiaj
nie otrzymałam odpowiedzi na to pytanie…
****
No i jest rozdział II :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz