Nazywam się Waleria i chciałabym opowiedzieć Wam moją
historię, ale nie dlatego, że mam potrzebę podzielenia się nią, lecz dlatego,
że uważam, że kolejne pokolenia powinny wiedzieć, że kiedyś żył ktoś, kto miał
wyjątkowe życie, przez, a właściwie dzięki,
pewnemu incydentowi. Czy mam cudowne, czy okropne życie, to osądzicie
sami, to i tak nie ma na nie wpływu. Jestem inna, i dobrze mi z tym. Nie
wiem, czy będziecie mi zazdrościć, czy współczuć. Wszystko jedno. Nie
wiem, czy jesteście godni poznania tej historii, ale wiem jedno, im więcej osób
będzie o tym wiedzieć, tym lepiej. Może większość większość z Was przerwie
czytanie tej opowieści, sądząc, że zmyślam, ale to już nie moja sprawa.
Może będzie to brutalna opowieść, a może nie; może wplączę w nią miłosne wątki, a
może nie; może będzie śmieszna, a może nie. Każdy będzie musiał określić to sam.
Czy Wam się spodoba? Nie wiem. Ale
mimo wszystko proszę rozsiąść się wygodnie i nie myśleć, że to brednie, bo ta
historia zdarzyła się naprawdę. I najlepiej wie o tym nikt inny, a właśnie ja.
Musi Wam wystarczyć moje zapewnienie, że tak było. A więc zaczynamy!!!
* * * * * *
I
Wszystko zaczęło
się pewnego ciepłego popołudnia, kiedy to wraz z Moniką, moją najlepszą
przyjaciółką, wybrałyśmy się na pieszą wycieczkę do lasu. Nic nie wskazywało,
że coś się wydarzy, jak zwykle zresztą, ptaszki śpiewały. Gałązki trzaskały
przy każdym naszym kroku, a przez liście drzew wpadały promienie słońca. Gdzieniegdzie
nawet wylegiwały się jaszczurki lub jakieś drobne węże. Atmosfera była wręcz
bajeczna. Zapach, który roznosił się po lesie, to cóż, zapach lasu, który
cudownie łaskotał nas w nozdrza.
Szłyśmy i szłyśmy bez większego celu i pośpiechu, zapanowała
między nami cisza, ale nie taka niezręczna, kiedy to nikt nie wie, co
powiedzieć, lecz cisza, w której dało się wyczuć podniosły nastrój. Obie
zachwycałyśmy się tą niepowtarzalną chwilą. Zazwyczaj nie mamy okazji przebywać
na łonie natury. Mieszkamy w dużym mieście, położonym jakieś 70 km od
najbliższego lasu. Ale akurat w tamten weekend byłyśmy u mojej babci na wsi.
Babcia, jak to babcia, jest to kobieta w podeszłym wieku, o
siwych włosach, zmarszczkach, ale takich przyjaznych oraz w ciepłych kapciach na
nogach. Mieszka z moim wujkiem w małym domku niedaleko pobliskiego lasku.
Mieszka na typowej wsi, gdzie kury biegają po podwórku, konie i krowy pasą się
na łące, gdzieś daleko słychać beczenia owcy, psy są od pilnowania
gospodarstwa, a koty wracają tylko na noc. Mimo, że „gryzie się” to z moim
temperamentem i charakterem, to i tak uwielbiam te chwilę na wsi. Ta cisza i
spokój sprawiają, że się uspokajam i czuję wręcz niczym nie spowodowaną
euforię. Nie przeszkadzają mi nawet odchody zwierząt, walające się po cały
podwórzu.
Jednak wracając do
mojej historii… Było nam tak dobrze, w tym lesie, że nawet nie zorientowałyśmy
się, kiedy znalazłyśmy się w nieznanej na części lasu. Na ziemię sprowadził nas
dopiero huk pioruna, gdzieś niedaleko. Monika, aż podskoczyła, a źrenice tak
się jej rozszerzyły, że nie było prawie widać białek ocznych. Ja też muszę się
przyznać, że dostałam gęsiej skórki. Spojrzałam w niebo i ujrzałam ciemne,
burzowe chmury. Nie miałam pojęcia, jak to się mogło stać, że nie zauważyłam
zbliżające się burzy!! Byłam jak naćpana jakimś silnym środkiem odurzającym.
Dzisiaj jednak wiem, że tak widocznie miało być…
Monika z przerażenia zaczęła biec przed siebie jak
wystraszona łania. Biegła na oślep, kierowana paniką i strachem. Zaczęłam biec
za nią, gdyż nie wiedziałam nawet, dokąd zmierza. Monika biegłą jak oszalała,
nigdy nie była dobra z wf-u, ale wtedy dostała takiego kopa, że nawet ja, jako
najlepsza sportsmenka w naszej klasie, nie mogłam za nią nadążyć. Złapałam ją
dopiero na jakieś polanie, pośrodku lasu, na której stał dom. Biegła w kierunku
drzwi, lecz ja złapałam ją za rękę i krzyknęłam: „Stój!!”. Wtedy właśnie
poczułam ogromny wstrząs, jakiego jeszcze nigdy nie czułam, choć prąd kopnął
mnie parę razy, to był piorun. Potem zobaczyłam wirujące gwiazdki przed oczami,
zanim zdążyłam stracić przytomność, spostrzegłam trupio-białą twarz Moniki,
włosy stały jej dęba, i to nie w przenośni. Następnie poczułam, że upadam.
Miałam wrażenie, jakbym spadała całą wieczność. Jakie to uczucie?? To tak, jakbym
znalazła się w próżni. Nie było tam nic. Otaczała mnie ciemność, choć może to
nie była ciemność… Czułam się jak kiszony ogórek w zalewie, tylko, że ja byłam
tam sama, i to było najgorsze… A dalej nie czułam już nic… Po prostu pustka,
nie wiem, co się ze mną działo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz