wtorek, 29 stycznia 2013

Rozdział I


Nazywam się Waleria i chciałabym opowiedzieć Wam moją historię, ale nie dlatego, że mam potrzebę podzielenia się nią, lecz dlatego, że uważam, że kolejne pokolenia powinny wiedzieć, że kiedyś żył ktoś, kto miał wyjątkowe życie, przez, a właściwie dzięki,  pewnemu incydentowi. Czy mam cudowne, czy okropne życie, to osądzicie sami, to i tak nie ma na nie wpływu. Jestem inna, i dobrze mi z tym. Nie wiem, czy będziecie mi zazdrościć, czy współczuć. Wszystko jedno. Nie wiem, czy jesteście godni poznania tej historii, ale wiem jedno, im więcej osób będzie o tym wiedzieć, tym lepiej. Może większość większość z Was przerwie czytanie tej opowieści, sądząc, że zmyślam, ale to już nie moja sprawa.

Może będzie to brutalna opowieść, a  może nie; może wplączę w nią miłosne wątki, a może nie; może będzie śmieszna, a może nie. Każdy będzie musiał określić to sam. Czy Wam się spodoba? Nie wiem. Ale mimo wszystko proszę rozsiąść się wygodnie i nie myśleć, że to brednie, bo ta historia zdarzyła się naprawdę. I najlepiej wie o tym nikt inny, a właśnie ja. Musi Wam wystarczyć moje zapewnienie, że tak było. A więc zaczynamy!!!

 

 

 

* * * * * *

 

I

 

   Wszystko zaczęło się pewnego ciepłego popołudnia, kiedy to wraz z Moniką, moją najlepszą przyjaciółką, wybrałyśmy się na pieszą wycieczkę do lasu. Nic nie wskazywało, że coś się wydarzy, jak zwykle zresztą, ptaszki śpiewały. Gałązki trzaskały przy każdym naszym kroku, a przez liście drzew wpadały promienie słońca. Gdzieniegdzie nawet wylegiwały się jaszczurki lub jakieś drobne węże. Atmosfera była wręcz bajeczna. Zapach, który roznosił się po lesie, to cóż, zapach lasu, który cudownie łaskotał nas w nozdrza.

Szłyśmy i szłyśmy bez większego celu i pośpiechu, zapanowała między nami cisza, ale nie taka niezręczna, kiedy to nikt nie wie, co powiedzieć, lecz cisza, w której dało się wyczuć podniosły nastrój. Obie zachwycałyśmy się tą niepowtarzalną chwilą. Zazwyczaj nie mamy okazji przebywać na łonie natury. Mieszkamy w dużym mieście, położonym jakieś 70 km od najbliższego lasu. Ale akurat w tamten weekend byłyśmy u mojej babci na wsi.

Babcia, jak to babcia, jest to kobieta w podeszłym wieku, o siwych włosach, zmarszczkach, ale takich przyjaznych oraz w ciepłych kapciach na nogach. Mieszka z moim wujkiem w małym domku niedaleko pobliskiego lasku. Mieszka na typowej wsi, gdzie kury biegają po podwórku, konie i krowy pasą się na łące, gdzieś daleko słychać beczenia owcy, psy są od pilnowania gospodarstwa, a koty wracają tylko na noc. Mimo, że „gryzie się” to z moim temperamentem i charakterem, to i tak uwielbiam te chwilę na wsi. Ta cisza i spokój sprawiają, że się uspokajam i czuję wręcz niczym nie spowodowaną euforię. Nie przeszkadzają mi nawet odchody zwierząt, walające się po cały podwórzu.

   Jednak wracając do mojej historii… Było nam tak dobrze, w tym lesie, że nawet nie zorientowałyśmy się, kiedy znalazłyśmy się w nieznanej na części lasu. Na ziemię sprowadził nas dopiero huk pioruna, gdzieś niedaleko. Monika, aż podskoczyła, a źrenice tak się jej rozszerzyły, że nie było prawie widać białek ocznych. Ja też muszę się przyznać, że dostałam gęsiej skórki. Spojrzałam w niebo i ujrzałam ciemne, burzowe chmury. Nie miałam pojęcia, jak to się mogło stać, że nie zauważyłam zbliżające się burzy!! Byłam jak naćpana jakimś silnym środkiem odurzającym. Dzisiaj jednak wiem, że tak widocznie miało być…

Monika z przerażenia zaczęła biec przed siebie jak wystraszona łania. Biegła na oślep, kierowana paniką i strachem. Zaczęłam biec za nią, gdyż nie wiedziałam nawet, dokąd zmierza. Monika biegłą jak oszalała, nigdy nie była dobra z wf-u, ale wtedy dostała takiego kopa, że nawet ja, jako najlepsza sportsmenka w naszej klasie, nie mogłam za nią nadążyć. Złapałam ją dopiero na jakieś polanie, pośrodku lasu, na której stał dom. Biegła w kierunku drzwi, lecz ja złapałam ją za rękę i krzyknęłam: „Stój!!”. Wtedy właśnie poczułam ogromny wstrząs, jakiego jeszcze nigdy nie czułam, choć prąd kopnął mnie parę razy, to był piorun. Potem zobaczyłam wirujące gwiazdki przed oczami, zanim zdążyłam stracić przytomność, spostrzegłam trupio-białą twarz Moniki, włosy stały jej dęba, i to nie w przenośni. Następnie poczułam, że upadam. Miałam wrażenie, jakbym spadała całą wieczność. Jakie to uczucie?? To tak, jakbym znalazła się w próżni. Nie było tam nic. Otaczała mnie ciemność, choć może to nie była ciemność… Czułam się jak kiszony ogórek w zalewie, tylko, że ja byłam tam sama, i to było najgorsze… A dalej nie czułam już nic… Po prostu pustka, nie wiem, co się ze mną działo.